Zdrowe relacje z jedzeniem

Home »  Dieta »  Zdrowe relacje z jedzeniem

Zdrowe relacje z jedzeniem

Luty 18, 2019, Kategoria: Dieta

Tydzień temu zacząłem przygotowania do przyszłego sezonu pod kątem rozbudowy na siłowni. Szybko, wiem. Miesiąc wcześniej w stosunku do zeszłego roku. Ćwiczenia hipertroficzne na poszczególne partie mięśniowe, na razie spokojnie z ciężarem. 30kg na klatę (+20 gryf!) może oznaczać tylko jedno – kolarze wrócili na siłownię.Po orce na siłowni rozmawiałem z Adamem, obwieszczając mu, że jadę właśnie do cukierni po bombę rumową. Powiedział mi wtedy (w swoim stylu), żebym nie myślał sobie, iż po przerzuceniu kilku kilogramów mam prawo do zjedzenia wszystkiego.Bo tak naprawdę nie mam. Mam natomiast coś innego – ochotę.Przez wiele lat miałem bardzo niezdrową relację z jedzeniem. Jeden z takich epizodów sprawił, iż zrzuciłem 28kg (95 > 67) w ciągu 7 miesięcy. Wyniszczając przy tym swój organizm i doprowadzając do skrajnego wypalenia tkanki mięśniowej. Byłem kimś, kogo określa się często pojęciem skinny fat. Jednak prócz wyglądu zmieniło to mocno moje postrzeganie jedzenia. Przez ponad rok praktycznie nie spożyłem niczego, co miało w składzie cukier (którego pochodzenie nie było naturalne).Następnie spróbowałem detoksu w stylu raw vegan (jadłem tylko surowe, nieprzetworzone w żaden sposób owoce i warzywa), który trwał w moim przypadku 3 miesiące. I muszę tutaj przyznać, że czułem się rewelacyjnie. Jadłem w końcu 600-700g węglowodanów dziennie i miałem energię do uprawiania sportu (jeździłem na rowerze dzień w dzień po 50km, myśląc, że tak wygląda trenowanie). Po upływie trzech miesięcy tak utknął mi w głowie weganizm, że przeszedłem całkowicie na ten styl odżywiania. Trwało to rok.Później pojechałem w Beskidy, gdzie czułem się przygotowany do swojego pierwszego wyścigu etapowego. Zaraz po powrocie doświadczyłem czegoś, co mogę nazwać załamaniem żywieniowym.

Początki to kompulsywne obżarstwo, później stopniowy powrót do „normalnego” odżywiania. Choć normalne to nie było, bo w moim menu na stałe zagościły dania mrożone, mocno przetworzone, słodycze w ilościach… wszystkich i wiele innych rzeczy. Z 73kg w krótkim okresie dobiłem do 87.Wtedy też miałem bardzo ciężki okres w swoim życiu, który tylko pogłębił ten „stan”.Tak – stres odreagowywałem jedzeniem.Kolejny etap to „Nowy rok – nowy ja” z początkiem 2017 roku. Zacząłem się zbierać i przeszedłem ze skrajności w skrajność. Eat clean. Minimum przetworzonych rzeczy, jak najwięcej robić samodzielnie, zero słodyczy i… minimum węglowodanów.I wiesz co? To było świetne. Kontrolowałem wszystko z aptekarską precyzją. Myślałem, że mój organizm najefektywniej pracuje na białko-tłuszczach. I w rzeczy samej tak było. Bo upośledziłem go na pobieranie energii z węglowodanów (cykl HMB doprowadził do bardzo dużej ilości ciał kotonowych w moczu).

Raz w miesiącu robiłem cheat day, w czasie którego potrafiłem zjeść 3 burgery i wypić 5 piw, ale następnego dnia wracałem do dawnego rytmu. Myślę, że mogę to określić jako spokój dla głowy i budowanie już pewnych podwalin dla zdrowych relacji z jedzeniem.Wiedząc, że raz w miesiącu czeka mnie taka odskocznia, nie myślałem o tym, że na obiad jem tylko warzywa i mięso. Nie przeszkadzało mi to, bo stało się rutyną. A raz w miesiącu przychodził moment, który „karmił” głowę. I to działało.Później na mojej drodze pojawił się dietetyk. Dietetyk sportowy. Tak, ten sam, który miesiąc temu powiedział mi: Damian, cycki Ci urosły, gdy przestałem trenować, a jadłem tyle samo.I to chyba od Niej nauczyłem się najwięcej. Nauczyłem się zdrowych relacji z jedzeniem. Nauczyłem się, że to nie węglowodany sprawiają, że tyję.I choć mój obecny organizm jest mocno wyniszczony przez lata stosowania różnych diet, specyfików odchudzających i głodówek, doprowadzając do sytuacji, gdzie tyję od spojrzenia na czekoladę (endomorfik pozdrawia) – jestem mądrzejszy. A przede wszystkim – wiem, że ta bomba rumowa nie zaprzepaści tego, co teraz robię. Bo wpisuje się w mój dzienny rozkład makroskładników i kalorykę.Mam świadomość tego, że gdybym odstawił czekoladę, lody, piwo i pizze, mógłbym być teraz o procent lub dwa mocniejszy czy chudszy. Ale… Nie zależy mi na tym. I jasne, można tutaj mówić o wymówce słabego charakteru, bo nie potrafię sobie odmówić słodyczy, piwa, czy whisky. Ktoś powiedziałby, że to kwestia braku silnej woli. Ale silna wola nie istnieje. Albo chcesz coś zrobić, albo nie. A ja chcę zjeść tę bombę rumową.

Chcę zjeść w niedzielę rano z ukochaną pancakes na maśle i mące pszennej.Chcę zjeść burgera i zapić go piwem miodowym.Jestem słaby i nie przestrzegam rygoru diety, przez co będę słabszy? Być może. Choć obecnie jestem na drodze do formy życia. Ale nie mam zamiaru odmawiać sobie babeczki na stacji paliw, gdy przed chwilą dałem z siebie 105% podczas robienia treningu.Nie będę też odmawiał sobie pizzy, gdy wiem, że jutro spuszczę sobie srogi łomot na treningu, a zgromadzony glikogen pozwoli mi pracować efektywniej i dłużej. Tak jak potrzebujemy work-life balance, tak potrzebujemy też food-life balance.

Nie tyjesz od węglowodanów.

Nie tyjesz od cukrów.

Nie tyjesz od McDonaldsa.

Tyjesz od nadwyżki kalorycznej.

Jeśli zdasz sobie sprawę z tej prostej rzeczy i nauczysz się odpowiednio komponować posiłki. Jeśli będziesz wiedział co to rozkład makroskładników, że 1g białka i węglowodanów to 4kcal, a tłuszczu 9. Jeśli uświadomisz sobie, że Twój trening zumby to tak naprawdę wydatek 200kcal, a nie 1000, natomiast Ty właśnie zamawiasz proteinowego szejka na mleku z bananem, który ma ich 400. Będziesz mądrzejszy. Nauczysz się jeść. I przede wszystkim – będziesz miał zdrowe relacje z jedzeniem. Zniknie poczucie winy ze zjedzonej czekolady czy wypitego drinka. Ale musisz się tego wszystkiego nauczyć. Naucz się swojego organizmu, oblicz kalorykę, wylicz rozkład makroskładników.

To trochę tak jak z treningiem. Z nim też można mieć niezdrowe relacje, gdy Twoja głowa w dniu wolnym mówi Ci, że Twoja forma spada – bo nic nie robisz. Ona rośnie, gdy odpoczywasz. Ale musisz dostarczyć organizmowi bodziec.Bodźcem nie jest trening 7 dni pod rząd na maksa, po których jesteś jak dętka. To prosta droga do przetrenowania. Ale to temat na inny wpis.

Jedz mądrze. Trenuj mądrze. Żyj mądrze.

el0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *