Oczekiwania względem czasu

UWAGA – ten wpis będzie o narzekaniu. Tak marudny jeszcze nie byłem. I możecie mnie pojechać, znielubić czy znienawidzić za ten wpis, ale to jest po prostu moje zdanie. Zapewne będące kreacją kryzysu, który towarzyszy mi od kilku tygodni, ale moje.

Czyli najprościej ujmując – jak zmieniają się, a w zasadzie kształtują, Twoje oczekiwania względem siebie w miarę jak zaczynasz być lepszy.

Celowo nie mówię tutaj o byciu mocniejszym, bo nie każdemu może na tym zależeć. Czasami też niezwykle ciężko jest być jeszcze mocniejszym. Ale lepszym można być zawsze.

Notatkę tę zacząłem pisać w czwartek, 27 czerwca. Na kilkadziesiąt godzin przed startem w Bike Adventure.

Startem, wobec którego (a w zasadzie swojego udziału w tym wyścigu) mam duże oczekiwania. Rzekłbym nawet ogromne, bo chciałbym tam coś ugrać. W kategorii wiekowej, wiadomo.

I z taką myślą działałem sobie i żyłem mniej więcej do 20 czerwca tego roku. Wszystko fajnie, ciężkie treningi, dużo godzin w siodle. Na cztery tygodnie przed startem spędzałem średnio 16 godzin tygodniowo na treningach. To już nie była jazda na rowerze tylko zapierdol.

I wiecie co? Po tych dwóch tygodniach przyszedł tydzień regeneracyjny. W jego trakcie zrobiłem dwa treningi i pojechałem 82km na Torze Poznań w ramach Pucharu Prezesa Automobilklubu. Później 3 dni nieróbstwa.

Po nim znów wróciłem do trenowania, na kilka dni przed startem. Rzygam rowerem.

Temperatura także zrobiła swoje. Jestem marudny, nic mi się nie chce, wszystko mnie boli. Po godzinie jazdy przy 37 stopniach (środa, 26 czerwca), mam ochotę wrzucić go do jednego z prawie wyschniętych stawów Moraskich i zapomnieć.

Nie chce mi się kręcić, nie chce mi się jeździć na rowerze. Nie mówiąc o trenowaniu. Przez pewien czas nie chciało mi się nawet żyć. Niczego mi się nie chciało.

Nie chce mi się jechać na Bike Adventure i startować w tym wyścigu. Motywacja i ambicje mam w okolicy kostek. Celowo nie piszę, że w dupie, bo do niej dosyć daleko od poziomu podłoża (no chyba, że siedzisz na ziemi). Wcześniej nie sprawdzałem listy startowej. Gdy już to zrobiłem, później spojrzałem na wagę i znów na listę startową – oczekiwania zmieniły się na Top10 w kategorii…

Mam w tym roku duży problem ze spadkiem wagi. O ile rok temu o tej porze ważyłem 73kg, tak w tym roku od początku kwietnia niezmiennie widzę cyfry z przedziału 76-78. I cholernie mnie to dobija.
Nabrałem sporo masy mięśniowej, miesiąc nie byłem na siłowni. Pracowałem na sporym deficycie. Waga ani drgnęła. Moc nieco wyższa niż przed rokiem, jednak wyższa waga sprawiła, że… pod górę będzie ciężej. Cięższa dupa przy nieco wyższym progu to wciąż gorszy przelicznik watów na kilogram niż przy lżejszej dupie z niższym progiem. A to jest wyścig w górach.

Nie chciałbym jednak patrzeć na cyfry. Zobaczymy jak to będzie. Na razie czuję się źle (a jeszcze gorzej, że dzielę się tym z Tobą i narzekam, czego staram się wystrzegać), nie mam chęci ani zapału do jazdy. Źle mi ze sobą samym. A to najgorsze, co mogło mnie spotkać.

W środę, na dwa dni przed wyjazdem przebiłem przednią, nową oponę.

W piątek, ostatni trening wprowadzający – z amortyzatora zeszło całe powietrze i wywaliło mi uszczelkę lewej goleni. 

Oby nikt przed startem nie życzył połamania kół, bo tylna obręcz w kilku miejscach jest popękana.

Ale spakowałem samochód, zrobiłem ostatnie przepalenie w piątek rano i na tym kończę pierwszą część tego wpisu. Wrócę do niego albo po pierwszym dniu albo dopiero we wtorek, gdy ukończę (mam nadzieję), ten wyścig etapowy.

sobota —–

Wróciłem. I jeśli tylko będzie mi się chciało, codziennie wrzucę krótkie podsumowanie każdego etapu.

—–

Etap I

Gdy zobaczyłem na starcie „przecinaków” po 65kg, oczekiwania zniknęły.

Ustawiłem się gdzieś z tyłu i niech się dzieje co chce. Pierwszy podjazd – wyprzedzam około 150 osób, jadę równo na 350-400W. Za mocno. Widzę czołówkę nieco dalej. Szedł tam taki gaz, że gdybym z nimi jechał, sił wystarczyłoby na może 5km.

W pewnym momencie ciągnę za sobą 40 osób.

Po 10 minutach podjazd się wypłaszcza, zaczynają mnie wyprzedzać. Okazało się, że zostało nas 10-12. Selekcja.

Wszystko to co wypracuje na podjazdach, tracę później na zjeździe. Bo sztywny rower nie jedzie tak płynnie po wybojach. Full, nawet jeśli nie masz techniki, daje naprawdę dużo w górach. A jeśli masz technikę – to już inna bajka.

Dużo ryzykowałem, jechałem szybciej niż kiedykolwiek. Palce nawet nie chciały dotykać klamek hamulcowych. A oni i tak mnie robili na zjazdach.

Kończę 32 open i 7 w kategorii.

Do 5. Miejsca (tyłu jest dekorowanych ostatniego dnia) brakuje mi 1:10. Do zrobienia.

niedziela —–

Etap II

GORUNC

Nie chce mi się jeść, muszę w siebie wciskać zarówno przed startem jak i po. Po powrocie przez tydzień zrobię chyba dietę Stachursky’ego.

Nienawidzę takiej pogody. Według garmina na jednym z odkrytych podjazdów były 42°C. O 16 za dużo dla mojej kaszubskiej głowy. Pomyślałem nawet o tym, żeby polać sobie kark wodą z bidonu, ale trzeba szanować płyny na tak gorącym etapie.

Jechałem swoje. Ustawienie z tyłu, wyprzedzenie jakichś 150 osób na pierwszym podjeździe. 

Później sukcesywnie wyprzedzałem kolejnych zawodników. Znów zyskuję na podjazdach i tracę na zjazdach, gdzie mimo dokręcania do kadencji 120 (powyżej podnosiło tylne koło), zawsze ktoś do mnie dojeżdża.

Na metę wjeżdżam 25 i 8 w kategorii. Generalka w M2 bez zmian. Strata do 5. Miejsca to 4 minuty…

poniedziałek —–

Etap III

Znowu gorąco. Nici z zapowiadanego deszczu czy burzy.

Na starcie w słońcu Garmin pokazał 46°C. Ustawiłem się bliżej, bo dziś start ostry od początku i wąski skręt w prawo po piachu.

Poszli, a ja z nimi. Zagotowałem się na pierwszych 5km. Dalej jechałem swoje.

Na bufecie ktoś powiedział mi, że jestem 38. Słabo. Podjazd, wyprzedza mnie 7 osób. Jadę na kole 220W, odpoczywam. Koniec podjazdu, zaczyna się lekki zjazd. Wychodzę na przód, odjeżdżam im.

Wyprzedzam kolejne osoby, techniczne zjazdy to samo. Na technicznym podjeździe również.

1km do mety, beton w nodze. Dojeżdżam 28 i znów 8 w kategorii.

Nie chce mi się jeść. Słodkie – absolutnie.

Na mecie zagryzam chipsy ryżowe o smaku paprykowym. W generalce wskakuje na 22 miejsce open i 6 w M2. Strata do 5 miejsca To 4 minuty… Nie do odrobienia na jednym etapie.

Przewaga nad 7 wynosi prawie 10 minut. Pomyślałem: fajnie, pojedziemy szybciej do domu.

Stety-niestety Dominik o 20 uświadomił mnie, że dekorowane jest 6 miejsc w kategorii…

Trzeba będzie jutro to utrzymać i zostać do 19 w Szklarskiej.

wtorek —-

Etap IV

Pobudka o 8. Start o 13:30. Oczekiwanie mnie wykańcza. Nie chce mi się jeść. A trzeba.

Miało być chłodniej, tymczasem znów smali. Na szczęście na zjazdach można odczuć przyjemny chłodek. Znów skręcamy w prawo, wąski, sypki podjazd – trzeba się dobrze ustawić.
Na pierwszym podjeździe ucieka mi mój “rywal”, który był na 7. miejscu w kategorii i widać chciał zawalczyć o lokatę na podium. Mam 9 minut przewagi, ale chłopak jest jakieś 20kg lżejszy, więc tracę go na pierwszym podjeździe. Goniłem, lecz nie dałem rady.

Na 5km szybsze tempo narzucili chłopaki z Vezuvio. 320W na kole – to raczej nie skończy się dobrze. Na szczęście później nadszedł długi zjazd, który – w moim przypadku niestety – jechaliśmy grupą 6 osób. Nie lubię tak zjeżdżać w technicznych miejscach, dlatego często gdy wiem, że zaraz będzie zjazd, wychodzę do przodu. Tempo nadal szalone, łatwo o błąd przy dużych kamieniach ze sporymi uskokami. Zahaczenie korbą, zerwanie przerzutki – nic trudnego. Na szczęście udaje się tego uniknąć. Zgrupowania w Górach Sowich i karkołomne zjazdy po kamieniach dają dużo. Naprawdę. 

Bufet, długi (około 6km) podjazd. Jadę swoje, cały czas średnio 300-310W. Na końcówce podjazdu odjeżdżam chłopakom i od tej pory (do mety 12km) jadę już samotnie, mijając jeszcze kilku zawodników po drodze. Nogi palą, plecy bolą, dłonie jeszcze sztywne po ostatnim zjeździe. W zasadzie na każdym oznaczonym segmencie w tym odcinku trasy robię “Personal Record”. Z tyłu mam trochę zbyt niskie ciśnienie i nosi mnie na zakrętach. Zjazdy szybkie, ale bezpiecznie. Przydałby się full albo chociaż opuszczana sztyca…

Ostatni podjazd, zjazd po kamieniach i korzeniach, dojazd do mety. Sprawdzam wyniki – 22 open i 7 w kategorii. “Rywal” dojechał 17, 3 minuty przede mną. Utrzymałem 6. miejsce w generalce M2, open wskakuję na 21. lokatę. Akceptowalny wynik. 

Nie mogę patrzeć na słodkie, dobrze że na bufecie mają chipsy kukurydziane o smaku paprykowym. Po prysznicu zjadłem placek po węgiersku. Czekamy na dekorację…

—–

O co jednak chodzi z tymi oczekiwaniami?

Już tłumaczę.

Gdy zaczynasz swoją przygodę ze sportem, mierzysz do samego siebie:

  • poprawiasz czas, jaki uzyskałeś
  • zwiększasz dystans
  • zwiększasz moc
  • zwiększasz ilość (jeśli zawodowo zajmujesz się jedzeniem).

Później przychodzi ten etap, w którym zaczynasz mierzyć się ze znajomymi. Porównujecie swoje czasy na wyścigach, zaczynacie rywalizować. Bo w końcu co innego możesz, jeśli dojeżdżasz w połowie stawki. I nie mam tutaj na myśli tego, że to coś złego. Wręcz przeciwnie. Jeszcze nie gonisz. Nadal jeździsz dla siebie.

Mała dygresja – niezmiennie zaskakuje mnie część ekipy, która przyjeżdża na Kolarskie Czwartki. Może kogoś tym urażę, ale jakoś o to nie dbam.

Otóż, nazwijmy kogoś takiego Jarek. Jarek przyjeżdża co czwartek na Tor Poznań, żeby rywalizować z innymi na pętli.
Nie jest przesadnie mocny, ale lubi rywalizację. Więc taktycznie – bo tak widział w telewizji – cały wyścig jedzie w peletonie oszczędzając siły.
Dopiero gdy nadchodzi moment próby (czyli ostatnie 500-1000 metrów), Jarek zaczyna się ścigać.

Nieistotne, że będzie 20-30-40 w finiszu z grupy. Od ostatniego zakrętu idzie ogień. I dojeżdża 27.
Ryzyko na wysokim poziomie, bo takich Jarków jest sporo i wszystko może się zdarzyć. Satysfakcja własna – zapewne na równie wysokim poziomie, bo w końcu sprintował z peletonem.
Pytanie tylko czy warto? Nie wiem.
Ja wolę popracować z przodu, rozprowadzić kolegów, nawet puścić się w jakiś odjazd lub samemu zainicjować ucieczkę. Nawet jeśli zostanie ona skasowana po kilku minutach, to zrobię coś, co będzie miało większe znaczenie, niż wożenie się po kole przez 50 minut, by ostatnie 5 pojechać mocniej (ale wciąż w grupie). Nie wiem. Takie jest moje zdanie. Lepiej potrenować w trakcie wyścigu pewne elementy, niż później ryzykować sporo, gdy na finiszu tnie się 30 osób właśnie o miejsca 10-40 przy 60km/h.

No dobra, wyszła nieco większa dygresja. Wracając…

Dojeżdżasz w połowie stawki, rywalizujesz z kolegami, poprawiasz własne osiągi.

I to jest super. Problem pojawia się, gdy zaczynasz trenować więcej. Przykładasz wagę do innych czynników, dokładasz siłownię do planu treningowego. Zgrupowania zagraniczne, nowy sprzęt, ceramika. Dietetyk, regeneracja. Jesteś lepszy, mocniejszy, szybszy. Zaczynasz… chcieć więcej.

Oczekiwania rosną. Nie satysfakcjonuje Cię już miejsce w Top30, jeśli na ostatnim wyścigu byłeś 15 i 5 w kategorii.

I to jest ta gorsza rzecz. Bo bardzo łatwo możesz stać się przez to więźniem własnych ambicji.

A gdy tylko coś Ci nie wyjdzie, cały świat runie. Tracisz sens wszystkiego.

I to nie jest tak, że piszę tutaj o sobie. Bo ja niczego nie osiągnąłem. Ale oczekiwania mam duże i zaczynam zauważać, że te oczekiwania zaczynają odbierać mi radość z tego, co lubię robić.

Na jednym z Kolarskich Czwartków zaraz po rozpoczęciu ostatniego okrążenia zaatakowałem. Zabrał się ze mną Wojciech i pracowaliśmy tak, mając jakieś 10 sekund przewagi nad peletonem. Skasowali nas 3 minuty później, na nieco ponad kilometr do mety.

Głupota? Przecież i tak byście tego nie dowieźli…

Może to tak wygląda z Twojej perspektywy. Ale ja chciałem spróbować.

Sama akcja i jej początek był kapitalny. Tylko wykonanie gorsze. Ale gdybyśmy tego nie spróbowali, nie wiedzielibyśmy, że:

  • to trochę za szybko
  • byliśmy zbyt ujechani, żeby to dowieźć
  • na ostatnim okrążeniu nie ma żartów z peletonem.

Gdybyśmy to dowieźli, byłoby super wspomnienie ze świetnej akcji.

Ale nie dowieźliśmy. Jeszcze. 

Nie żałuję, bo spróbowałem. Wtedy nie myślałem o oczekiwaniach. Nie myślałem, żeby to dowieźć. Wymyśliłem sobie atak po wewnętrznej, przeprowadziłem go, poległem. Zebrałem doświadczenie, które wykorzystam w przyszłości. A następnym razem to dowieziemy 🙂

Apetyt rośnie w miarę jedzenia, a oczekiwania w miarę postępu. I to jest dobre. Tylko nie dajmy się im zatracić, bo mogą odebrać nam całą radość z pasji, którą pielęgnujemy.

Tak jak mi przed Bike Adventure. I już podczas niego, gdy zderzyłem oczekiwania z rzeczywistością. 21 miejsce na 228 zawodników ucieszyłoby mnie rok temu. W tym roku chciałem więcej. Tyle tylko, że te chęci odebrałby mi sporo z tego, co czułem później na rowerze w Izerach i Karkonoszach – radości z jazdy. Nawet jeśli boli jak cholera.

Co teraz?

Mimo wszystko jestem zadowolony ze swojego “występu”. Wiem nad czym pracować na przyszły rok:

  • nad zejściem co najmniej 7kg “z dupy”
  • nad kupieniem fulla 😀

Reszta to kwestia dalszej systematycznej pracy. Bo zarówno wydolnościowo jak i technicznie czułem się świetnie. Sprzęt też dał radę, choć często byłem na granicy.

P.S Polecam wywiad z Tomkiem Marczyńskim, który opowiada o czerpaniu przyjemności z jazdy w zawodowej ekipie i o tym, że nie trzeba wygrywać, żeby być zadowolonym z wykonanej pracy: http://www.sport.pl/kolarstwo/7,64993,24927889,tomasz-marczynski-kolega-walczacego-o-zycie-kolarza-niestety.html

0 comments on “Oczekiwania względem czasuAdd yours →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *