Quo vadis

Przez ostatnie trzy miesiące starałem się odpowiedzieć sobie na wielce istotne pytanie.

Skoro Darek to Dariusz, to dlaczego Marek to nie Mariusz…?

A tak zupełnie serio, moje rozmyślania dotyczyły dalszej drogi, którą powinienem obrać. Wszystko ze względu na to, iż dotarłem do ściany. W 2019 osiągnąłem wiele. Pod względem poziomu sportowego, piąłem się cały czas w górę, notując kolejne „Personal Best”. Pod względem przygotowania sportowego – był to najlepszy rok mojej „kariery”. Z resztą, spójrz na ten wykres:

Równy, stabilny wzrost. Jednostka po jednostce, godzina po godzinie. Realizowałem założenia, by wszystko rosło. Chciałem być coraz lepszy. Skoro po pół roku przygotowań byłem w stanie wyszarpać 6. miejsce w kategorii na Bike Adventure – wszystko przede mną i w przyszłym roku przyjadę to wygrać.

Zapomniałem jednak o bardzo ważnym czynniku w naszym – nomen omen – amatorskim sporcie. O czerpaniu przyjemności z jazdy. O zabawie. I wtedy mój organizm się zbuntował. Zachorowałem. Nigdy w życiu nie przeżyłem czegoś takiego. Nie miałem siły wstać z łóżka. A poziom „fitnessu”?

Nie miałem absolutnie żadnej ochoty do wsiadania na rower. A gdy już zmusiłem się do zrobienia np. godzinnego rozjazdu, po 20 minutach musiałem odwodzić umysł od chęci powrotu do domu.

Po około dwóch tygodniach postanowiłem, że nie będę się do niczego zmuszał. Jeżeli ochota na rower ma wrócić – musi się to wydarzyć samo.

Jest 20. stycznia. Nie wróciła.

W międzyczasie jednak byłem na pierwszym prawdziwym (pod względem ustawodawstwa polskiego) urlopie. Po powrocie zacząłem biegać. A w zasadzie wróciłem do biegania, ponieważ w 2014 doznałem kontuzji kolana. Od tamtej pory uważałem, że nienawidzę biegać. Bo to nudne i szkoda kolan. Biegam nieprzerwanie od 10 grudnia. Zapisałem się na bieg na 10km i dwa półmaratony.

W całym tym wpisie nie chodzi jednak o mnie. Chodzi mi o to, dokąd to wszystko zmierza. Dokąd zmierza nasze amatorskie wydanie kolarstwa. Czy też nawet innych sportów.

Wszędzie tam, gdzie pojawiają się sponsorzy, zaczyna się niezdrowa rywalizacja.

Walka o pozyskanie sponsora. Coraz cięższe treningi, by być lepszym i wygrywać, co ma przełożyć się na możliwość pozyskania jeszcze lepszego sponsora. Rywalizacja o pieniądze.

W ciągu ostatnich dwóch lat bardzo popularny był temat dopingu w amatorskim kolarstwie. I wiecie co – szkoda mi tych ludzi. Psuć sobie zdrowie, by wygrać plastikowy puchar, a później dostać parę butów wartych 1000zł „za darmo”. Coraz większa nagonka, coraz większa rywalizacja, coraz więcej buzującego testosteronu na trasach.

Jeżeli pomyślę sobie, że mam wrócić w cały ten kocioł, nie chce mi się.

Dlatego przyszły sezon postanowiłem potraktować zabawowo. Wrócić do tego, dlaczego zacząłem jeździć na rowerze. By móc zwiedzać fajne miejsca, poznawać ludzi i czerpać z tego radość. A że nie będę miał z tego pucharka lub nowego kasku od sponsora? Do tej pory zarabiałem na wszystko sam, więc wiele się nie zmieni.

Do zobaczenia na trasie!

0 comments on “Quo vadisAdd yours →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *